Stał na krawędzi skarpy, ognisko za jego plecami powoli dogasało. Przed sobą miał widok na dolinę oraz na jego rodziną wioskę, która stała się jednym słupem płoni. Słyszał krzyki kobiet, płacz małych dzieci, słyszał to wszystko mimo iż nikogo już tam nie było.
- Lucjusz. - Rzucił w powietrze. - Zacząłeś wojnę w którą nie zamierzałem się mieszać. Nie pozwolę krzywdzić bezbronnych.
Słowa wypowiedziane na głos dodały mu otuchy.
Księżyc w całej okazałości przechadzał się po niebie, rozsiewając gwiazdy niczym kwiaty na polanie. Jazanowi serce przyśpieszyło o dwakroć, w żyłach już nie krew, a płynne żelazo. Pierś wypchnęła do przodu, twarz zaczęła się deformować, nabierać wilczych kształtów. Ciało pokryła gruba warstwa futra. W tej postaci był wyższy i lepiej zbudowany, lekko zgarbiona, przypominająca wilka postać, mogła bez problemu wystraszyć nawet najbardziej zatwardziałych bandytów.
Stanął ponownie na krawędzi urwiska. Zawył z bólem, zsunął się w dół, ku dolinie.
***
- Szukałem cię. - Powiedziała zakapturzona postać.
- A ja szukałam ciebie.
- Gotowa by umrzeć? Będzie to dla mnie zaszczyt, zabić tak sławetną w swoich okolicach Dashię.
Spojrzała w niebo.
- Noc jeszcze młoda. To nie nasza wojna.
- Wobec wojen nie można być obojętnym. Nie można siedzieć okrakiem na płocie, trzeba wybrać stronę.
- Czyli ty już wybrałeś? - Zapytała bez cienia emocji.
- Tak. Musze zabić osobę którą kocham.
- Możesz mnie puścić, to nie nasza wojna. Większość wojen powołują do życia władcy, którzy nie potrafią podbić serca niewiasty. Nie ma słusznych wojen, są tylko puste skarbce.
- I tak chcesz mnie przekonać?
- Nie. Ty już wybrałeś, tak jak i ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz