- Mistrzu, - rzekł jeden z zakonników. - to już dwunasty heretyk znaleziony w tej wiosce.
- To dowodzi naszej skuteczności. Ten świat potrzebuje oczyszczenia, wszyscy paleni na stosie jeszcze nie wiedzą, ale zbawiłem ich dusze. Nic tak nie oczyszcza jak sprawiedliwy ogień.
Wolnym krokiem podszedł do kolejnego stosu.
- Pochodnia.
Jeden z przybocznych, niczym przez same demony goniony, doskoczył z pochodnią do Lucjusza.
- Dopuściłeś się grzechu herezji. Przyznajesz się do swojego występku i przyjmiesz oczyszczenie?
- Panie nie! Ja żem nie winny. Ja żadnych guseł nie odprawiał! To pomyłka, pomyłka miłościwy panie.
Chwile później trawiły go języki ognia.
***
- Wołaj medyka, kobieta jest ranna.
- Gdzie ja...
- Nic nie mów, wypoczywaj.
Po chwili do izby zawitał uzdrowiciel. Z dala już dało się wyczuć mocną woń ziół. Podszedł do leżącej. Obadał cierpiącą, wsłuchał się w jej oddech, dokładnie przyjrzał się zranieniom.
- Przynieście mi najmocniejszy alkohol jaki tutaj macie.
- Czy ona umrze? - Zapytał najmłodszy.
Ratujący kobietę nie odpowiedział. Całą uwagę skupiał na bezwładnie leżącej, obwiązywał szmatami które donosili mu co i rusz. Opatrunki przesiąknęły krwią. Posoka lała się jakby byłą wodą co spływa z górskiego strumienia.
- Nagrzej to do czerwoności. - Podał starcowi żelazny pręt, po czym zwrócił się do ratowanej. - Nie odchodź. Daj mi więcej czasu a pomogę ci.
Rana tylko zawyła, kiedy medyk wepchnął rozżarzony metal prosto w ranę. Czynność powtórzył jeszcze dwukrotnie, lecz tym razem kobieta nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
- Nie umrze, póki co. Róbcie jej okłady. Jak wydobrzeje zawołajcie mnie.
***
Całe noce i dnie czuwali nad nią. Walczyli dzielnie z gorączką która za nic nie chciała odpuścić. Czasami zdarzały się przebłyski świadomości, wołała jakieś imię, chciała wody, wzywała do walki.
Otworzyła oczy, próbowała podnieść się z łoża, ale jedyne co z tej próby zostało to głuchy jęk. Ostrożnie rozejrzała się po całej izdebce, w kącie dostrzegła swój rynsztunek. Odrzuciła koc którym była przykryta i z wielkim trudem usiadła. Wiedziała że nie wstanie, została uziemiona, czuła się jak ten ptak co mu skrzydła podcięli. Już miała próbować się podnieść jak przez drzwi wszedł straszy człowiek, rzucił uważne spojrzenie i zasiadł na krześle nieopodal uratowanej.
- Jak się czujesz?
- Ty żeś mnie uratował?
- Ja cię tylko znalazłem.
Zapadła wymowna cisza. Przez dłuższą chwilę tępo wpatrywali się w ogień który tańczył dziki taniec.
- Jak ci na imię?
- Dashia. - Rzekła jakby od niechcenia.
- Nie należysz do zbytnio rozmownych.
- Co chcesz za uratowanie... - ból przeszył jej ciało, zabierając dech w piersiach. - Złoto?
- Nie potrzebuje twojego złota, tobie bardziej się przyda, jeśli oczywiście chcesz wydobrzeć.
- Nie ma ludzi bezinteresownych. Mów co chcesz.
- Owszem nie ma. Chce poznać twoją historię.
- Dobrze, lecz wpierw przynieś wodę, jakieś inne szmaty i coś do jedzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz