wtorek, 7 czerwca 2016

Pomiędzy prawdą a streamem cz.1

Weekend rozpoczął się dosyć ponuro. Ciemne chmury pokryły całe niebo nad miastem, a jedynymi promykami światła były błyskawice, które sporadycznie rozdzierały czerń. Deszcz oczyszczał to miasto z pozorów, ukazując je takim, jakim w rzeczywistości jest, brzydkim i zdeprawowanym. Świat wygląda zupełnie inaczej z czternastego piętra, dwupiętrowego lokum. Całe chodniki pokryte masą parasoli, które odbijały neony miasta. Leniwi taksówkarze czekający na klienta oraz małe, drapieżne sklepiki walczące o każdego przechodnia, widok który na stałe wpisał się w obraz tego miasta. Wszyscy ludzie walczący o własne jutro, tak bardzo goniący za sukcesem, a jednocześnie, jakiś sposobem potrafiący cieszyć się życiem. Tak bardzo im tego zazdroszczę. Moje całe szczęście zamknięte jest w dwóch tabletkach Anafranilu, a pomyśleć że kiedyś potrafiłem korzystać z pełni życia. Zostałem ofiarą własnego sukcesu, stworzyłem największy kanał na polskim youtubie, moje animacje znane są na całym świecie, a tak naprawdę jestem pustym człowiekiem, zamkniętym w szklanej klatce.
Dwa tygodnie temu była trzecia rocznica śmierci mojej żony, mojej kochanej Arity. Dalej nie mogę poradzić sobie z jej śmiercią. Miałem jej tyle do powiedzenia, a w dniu pogrzebu nie mogłem powiedzieć jej nic. Nie mam nawet przyjaciela któremu mógłbym się wygadać, nie licząc mojego psychiatry, lecz jemu za to płacę. W sumie to miałem jednego przyjaciela, przynajmniej do póki nie powiedział że mnie kocha. Gdybym coś takiego zobaczył na szklanym ekranie, pewnie bym się uśmiechnął, dzisiaj zaś dostrzegam tragizm tej sytuacji, widzę komizm wynikający z tej sytuacji i jest on wręcz kurewsko nieśmieszny. Znów użalam się nad sobą, nie wiem czy to jest wina 25-letniego Adberga krążącego we krwi, melancholijnego nastroju za oknem, czy po prostu nadeszła pora na lekarstwa. Oddałbym dosłownie wszystko by znów coś przeżyć, by być smutnym bądź szczęśliwym, by znowu czuć że żyję.

***

Trzeci dzień jak nie przestaje padać. Jeśli to powtórka z biblijnego potopu, to słaby ze mnie Noe, uratuje co najwyżej pizze i wszystkie stworzonka, które zdążyły się w niej zalęgnąć. Z rozmyślania wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Jak już ktoś do mnie przychodzi to z reguły fanatycy religijni, którzy to próbują mnie nawrócić na jedyną właściwą wiarę, a ja tylko niepotrzebnie się wkurwiam. Jak oni by się czuli, gdybym ich nachodził co drugi dzień i próbował nawrócić na prawidłową ścieżkę, albo zbierał na jebane grzegrzółki. Nie chce nic od ludzi, a ludzie nie powinni niczego chcieć ode mnie, układ prosty i przejrzysty, a mimo tego non stop ktoś wpierdala się z butami do mojego życia. Tym razem było identycznie, otworzyłem drzwi i dopadło mnie życie, szkoda że zawsze w takich momentach mam opuszczone spodnie i przeważnie schylam się po klucze czy inną rzecz pasującą do metafory rżnięcia w dupsko.

***

Ponad trzy godziny rozmawiałem ze Slayproxem, zdążyłem już wlać w siebie pół litra dziesięcioletniej whisky, a mimo tego dalej nie wiedziałem co zrobić. Jak rozmawiać z osobą która wcześniej wyznała ci miłość? W sumie nie wiem jak to się stało, czy to kwestia połączenia alkoholu z psychotropami, czy gdzieś w głębi siebie chciałem żeby tak się stało. Slay przycisnął mnie do ściany, a jego usta delikatnie muskały moją szyję. Pocałunki przerodziły się w coś drapieżniejszego, czułem się jak bezbronna ofiara w rękach dobrego łowcy. Nasze oddechy spotkały się, odruchowo pochyliłem się by odwzajemnić uczucie. To już nie był pocałunek, a sztorm na morzu naszych uczuć, w którym to nie było kapitana, nie było bezpiecznej przystani, byliśmy tylko my. Nasze języki muskały się w rytm tanga naszych serc. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, widziałem jego powiększone źrenice, byłem jego narkotykiem, narkotykiem którego nie zamierzał odstawić. W mgnieniu oka pozbyliśmy się koszul. Dłonią delikatnie pieściłem jego ciało, od czasu do czasu obdarowując je powolnym, aczkolwiek dokładnym pocałunkiem. Klamra ugięła się pod moją potęgą, spodnie zsunęły się po jego nogach. Nim cokolwiek zdążyłem zrobić, Slay przejął inicjatywę, to teraz on był na górze. Doskonale znał moje ciało, potrafił dostarczyć niewyobrażalną przyjemność jedną, prostą pieszczotą. Zaczął od mostka i powolutku schodził niżej, a z każdą sekundą serce biło mi mocniej. Delikatnie zsunął ostatnią część mojego ubrania, leżałem przed nim tak, jak mnie Bóg stworzył, całkowicie bezbronny. Odnalazł swoją drogę do domu, wyznaczaną przez światło latarni, która była przednim. Niczym wprawny masażysta, przesuwał dłonie by w pełni smakować okazałości tej chwili. Czułem że odchodzę od zmysłów, całkowicie straciłem kontrolę nad swoim ciałem, oddałem się zatraceniu do tego stopnia, że nie zauważyłem osoby która pojawiła się w moim domu. Próbowałem krzyknąć, ostrzec Slayproxa. Nie zdążyłem. Strzał trafił go prosto w głowę, zraszając moja twarz krwią. Odruchowo stoczyłem się z łóżka, w panice szukałem czegoś do obrony. Z nieoczekiwaną pomocą przyszedł mi kanał na youtubie, a dokładniej statuetka wręczona na jakieś gali, którymi tak mocno gardzę. Tylko napastnik wyłonił się za krawędzi łóżka, a uderzyłem go z całej siły. Wykorzystując sytuację że udało mi się ogłuszyć napastnika, doskoczyłem na łóżko. Przez dłuższą chwilę szarpaliśmy się bez ładu i składu, skurwiel miał tyle szczęścia, zdążył mnie jeszcze postrzelić w bok. Nie dawałem za wygraną, biłem coraz mocniej i mocniej, z każdym ciosem dając upust swojej frustracji. Zanim zdążyłem się opamiętać, ubiłem napastnika gołymi rękoma.  W momencie kiedy konał, próbował wykrztusić z siebie parę słów, lecz jedynie co było mi dane usłyszeć, to cichy jęk i słowo "jarock". Krwawiłem coraz mocniej, w ostatnim odruchu przytomności udało mi się sięgnąć po telefon i zadzwonić po pomoc, potem odpłynąłem w nicość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz