piątek, 29 lipca 2016

Moja mała rewolucja - zdrada

Nie prosiłem się o bycie dowódcą, nie chciałem wszczynać wojen, nie chciałem prowadzić ludzi na rzeź. W życiu robimy tyle rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy, za które się wstydzimy. Czy to wszystko było słuszne, nie wiem. Duszę moją w swych rękach zważą dopiero bogowie, bo człowiek mi jej wcześniej nie wyrwie!

***

Przybyłem z raportem wojennym na śnieżą górę, twierdzę, która poprzez swoje położenie i warunki jakie tam panują, jest wręcz nie do zdobycia. Nasz miłościwie panujący prowadzi stąd kilka wojen z klanami, które to odważyły się nie złożyć hołdu lennego. Zabarykadowany w swojej twierdzy, po prostu wydaje rozkazy. Do moich obowiązków należało tropienie rebeliantów i skuteczne rozwiązywanie problemów. Nie dziwota że po dziś dzień, na dźwięk mego imienia ludziom bledną twarze. Sporo osób mnie nienawidzi, większość mi poznanych, zapewne wyklina mnie z zaświatów. W zbrojowni zdałem cały rynsztunek oraz został mi wydany glejt, dzięki któremu swobodnie mogę się poruszać po całej twierdzy. Król Izak Zdobywca, z rodu Dzików przyjmował właśnie audiencje w sali tronowej. Osoby wizytujące u miłościwie panującego wyglądały na pochodzące z klanu rwącej rzeki. Czyżby ukorzyli się przed jedynym władcą? 

W sali tronowej powitało mnie grono najbliższych doradców króla, a raczej żmij żerujących na wszystkim, co da im namiastkę władzy. Przepchnąłem się przez ten ludzki mur, wprost do tronu króla. 
- Witam cię miłościwy panie - przyklęknąłem na jednym kolanie.
- Wstań Nexos, wiesz że nie wymagam tego od ciebie. - rzekł spokojnym tonem.
- Królu, widziałem posłańców z klanu rwącej rzeki, poddają się? Jakie warunki stawiają?
- Nexos, wiedz że mi przykro i pamiętaj o tym.
Izak skinął ręką, chwile później byłem już w żelaznym uścisku strażników. Starałem się wyrwać, próbowałem się dowiedzieć co się dzieje. Król coś jeszcze chciał mi powiedzieć, lecz ja już tego nie usłyszałem. Tępy cios spadł na moją głowę, potem była już tylko ciemność.

***

Zostałem wydany klanowi rwącej rzeki jako warunek pokoju. Obdarty z szat, w samej przepasce biodrowej stałem po kolana w śniegu. Dwóch wojowników z klanu miało mi upuścić krew i tym samym przypieczętować zawarty na śnieżnej górze pokój. Zdradzony przez mego króla, a zarazem przyjaciela, stałem obdarty z ubrań, godności i wiary. Za mną na murach twierdzy stał ten co mnie wydał, przyglądał się całej egzekucji. Pierwszy z jegomości zaatakował frontalnie za pomocą włóczni. Udało mi się uniknąć jej i szybkim susem doskoczyć do wojaka. Błyskawicznie wyciągnąłem nóż za jego pazuchy i wbiłem mu go prosto w gardło. Jedynie zdążył jęknąć, po czym osunął się na ziemie. Pochwyciłem włócznie i cisnąłem w drugiego, który dopiero ściągał topór z pleców. Poszedł w ślady swego towarzysza i również pocałował ziemię. Chwyciłem włócznię raz jeszcze i z całej siły cisnąłem nią w króla. Nie wiem co w tym momencie myślałem, chyba to złość przysłoniła mi cały świat. Izak został trafiony w ramię, niestety nie miałem czasu napawać się tym celnym rzutem, gdyż na blankach zaroiło się od strzelców. Nie myśląc długo rzuciłem się do ucieczki, przemykając pośród skał, byle tylko utrudnić im strzelanie. 

***

Nocą wróciłem pod mury twierdzy. Wiedziałem że bez odzienia ani strawy nie ucieknę daleko. Na szczęście kilka osób mi jeszcze sprzyjało. Jeden ze służących zrzucił mi mój rynsztunek, coś do zjedzenia i małą pakunek na drogę. Tak zaczęła się moja droga jako człowieka wyklętego. Przemierzałem krainę, szukając noclegu na spokojny sen, jakiegoś jadła czy po prostu miejsca w którym mógłbym się osiedlić. Ludzie zapamiętali moje czyny, nie raz odmówili mi kropli wody, najczęściej próbowali dopaść mnie we śnie. Jednemu się prawie udało, lecz popełnił jeden błąd, nie dokończył dzieła. Wykrwawiającego się na pustyni, z sępami nad głową i myślami o paskudnej śmierci znalazł mnie sir Gimolek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz