Pobudki w szpitalach nie należą do moich ulubionych. Ubrali mnie w jakiś biały fartuch sięgający ledwo do pośladków. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie jest to izba wytrzeźwień, albo co gorsza, jakaś odwykówka. Niby nie mam problemu z alkoholem czy lekami, przyswajam jedno i drugie, ale lekarze tego nie rozumieją. Z niemałym trudem dźwignąłem się na łóżko, zszyli mnie całkiem sprawnie, chociaż leków na ból pożałowali. Delikatnie wyciągam wenflon, nie dość, że to nic przyjemnego, to jeszcze inni pacjenci patrzą się na mnie, jak na totalnego idiotę. Tak jak się domyślałem, ciuchy mam ładnie poskładane w szafce, do tego uprane w dobrym proszku. Zapach jest naprawdę przyjemny, przypomina mi dom rodzinny. Stoję z gołą dupą i zaciągam się jak ćpun, czas się ubrać i spierdalać stąd jak najdalej. Ruszam do rejestracji, od czasu do czasu ocierając się o pobliskie ściany. By było śmieszniej w tym cyrku bez klaunów, wysiadł system podpisów elektronicznych, a na całej rejestracji nie było ani jednego pieprzonego długopisu. Przez chwilę próbowałem uprzejmą panią namówić na podpisanie się węglem, obraziła się dopiero gdy zaproponowałem że nasram na blat i tym podpiszę ten gówniany cyrograf. Przez własną głupotę siedzę teraz na rejestracji pomiędzy blondynką z krwawym stolcem, a debilem któremu wyciągnęli gwóźdź z członka, nie chce wiedzieć gdzie zgubił młotek.
*****
Mijam kolejna światła neonów, przyciągających ludzi jak ćmy. Przede mną długa droga do domu, ubarwiona o ludzi w komunikacji miejskiej. Jak nigdy, nie zwracam na nich uwagi, moje myśli pogalopowały w stronę jarocka i nieżyjącego już przyjaciela. Czemu ktoś z jarocka chce mojej głowy? Czemu akurat teraz? Czy byli inni ludzie na celowniku? Jest w tym wszystkim coś niepokojąco podniecającego, znów czuję strach, mam odruchy ludzkie. Toczę sam ze sobą nierówny bój o to co dalej, gdzieś w sercu czuję, że powinienem ruszyć za tym wszystkim, dowiedzieć się czemu ktoś polecił mnie zabić. Z drugiej zaś strony, badanie tej sprawy to jak uroczy walczyk ze śmiercią, a z tego co wiem, nikt po upojnej nocy z nią, nie doczekał się śniadania o poranku. Jedno pieprzone wydarzenie postawiło moje życie na głowie, wymiotło spokój z domowych pieleszy. Paradoksalnie dopiero teraz czuję że żyję, otarłszy się o śmierć, doceniłem sens mojego istnienia. Może zabrzmi to głupio, ale ostateczną decyzję podjąłem gdy zobaczył dzieciaka z małym mopsem na smyczy, prawdopodobnie jego najlepszym przyjacielem. Niewinna radość promieniująca z tego dziecka, musiała skruszyć łańcuchy wokół mojego serca, przełamać obejmujący me ciało lęk. Mój przystanek, Flamy Tower, wysiadam sam, jak zwykle.
*****
Mówią że dom to zwierciadło duszy. W moim nie było za wiele, nie mam tu zbyt wielu osobistych rzeczy, w sumie nie wiele tu mam. Widok z apartamentowca jest zniewalający. Widać całe miasto, obraz ulicznych świateł, z człowiekiem gdzieś w tle. To mój czas, moja chwila, której to nikt mi nie zabierze, szansa na nowe narodziny. Zablokowałem interfejs i ustawiłem zamki biometryczne, powinienem mieć mnóstwo wspomnień z tym miejscem, a pamiętam tylko tamten wieczór. Wiem kto może mi pomóc, problem tylko że nie wiem jak mam się do niego dostać. Zostaje mi improwizować, kiedyś byłem w tym dobry.
*****
Przede mną "Dancig Cats", klub nocy Emila, każdy wie że jest to przykrywka do prania pieniędzy, ale żaden rządzący nie jest na tyle głupi, by z nim zadzierać. Z tego co wiem, handluje bronią i wszelkiej maści elektroniką. Podobno podczas nocy krwawego księżyca, Rojo używał sprzętu jego produkcji. Na wejściu dokładnie obmacało mnie dwóch goryli z przeszczepionymi kocimi uszami i prawdopodobnie oczami, bardzo popularna modyfikacja u ochroniarzy, brakuje jeszcze psiego pyska do kompletu. Wnętrze lokalu nie było na tyle zaskakujące, co po prostu przerażające. Ściany były pokryte materiałem imitującym futro kota, sufit z resztą też. Wszystko to w trzech kolorach, czarny, biały oraz sporo rudości. Na futrzastych piedestałach, wokół rur wiły się kobiety z kocimi ogonami i jakże drapieżnymi oczami. Pod nimi zgraja śliniących się facetów, słynny koci urok, co? Kilka kroków dalej były loże, w nich panowie w ich obróżkach dla vipów oraz tabuny kocich adoratorek. Co i rusz jakaś kicia w ociera się o mnie w dosyć frywolny sposób. Jedynym normalnym miejscem był bar, jakby odklejony od całego klimatu, bez futra, kotów, zaś z dębowymi krzesłami i paletą drogich alkoholi. Ledwo usiadłem a barman już wręczył mi szklankę szkockiej, a darowanej szklance w denko się zagląda, czy jakoś tak.
- Ja do Emila, poinformuj go że przyjaciel z przeszłości ma do niego sprawę.
- Przykro mi panie przyjacielu, ale w naszym lokalu są tylko panienki. - rzekł bez emocji barman.
- Potrzebuje widzieć się z twoim szefem, to sprawa życia i śmierci.
- Z pewnością jest - uśmiechnął się szyderczo, po czym wykonał telefon.
Trzeba przyznać że trunki tu mają dobre, może i bym tu częściej wpadał gdyby nie wszechobecny klimat kociego erotyzmu. Sięgałem już po kolejną szklaneczkę, gdy coś szarpnęło mnie do tyłu. Nim dobrze zorientowałem się co się dzieje, już dostałem w brzuch i momentalnie zgiąłem się w pół. Dwóch ochroniarzy postanowiło wyładować swoje napięcie, czemu nigdy nie spotyka mnie to z modelkami? Prawie już wstałem, jak szybki cios pod kolano zwalił mnie z nóg. Próbowałem mówić że to pomyłka, ale szybko zamknęli mi usta. Nie słyszałem już gwaru panującego w lokalu, miast tego w głowie zagnieździł się irytujący szum. Obraz mi się rozmywa, trudno mi pochwycić cokolwiek z otoczenia, jedynym pewnikiem jest to że jestem ciągnięty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz