sobota, 29 kwietnia 2017

Pomiędzy prawdą a streamem #005

W poprzednich scenach.

Mijam kolejne sklepy kryjące się za światłami neonów, przemierzam wciąż te same ulice. Zza szyby autobusu świat wygląda przygnębiająco, jak by nie miał już żadnej wartości. Dawno nie podróżowałem komunikacją miejską, to jedna z cen jaką płace za swoją popularność. Urządzenie maskujące podarowane mi przez Emila działa wzorowo, nawet kamery nie rozpoznają mojej prawdziwej tożsamości. Mogę być każdym, bez ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności za to. Nie dziwota, że używanie tego typu sprzętu jest surowo karane. Staczam się, nie dość że łamie prawo to jeszcze sprawia mi to dużą przyjemność, a może po prostu to egoistyczny smak wolności. Mam nadzieję, że nie będę musiał za to pokutować.

Chińska dzielnica, czyli jedno z ulubionych miejsc wszelakich, szarych organizacji i jednocześnie jedna z częściej odwiedzanych dzielnic przez turystów. Tutaj czas się zatrzymał. Nowinki technologiczne nie dotarły do tego miejsca, a próby wprowadzania jakichkolwiek ulepszeń od zawsze spotykały się ze społeczną dezaprobatą. Przepychałem się przez wąskie uliczki wypełnione ludźmi. Co zakręt witały mnie stoiska z jedzeniem ulicznym, a do moich nozdrzy docierała piękna kompozycja przygotowywanych tutaj specjałów. Ludzie tu byli inni, zawsze uśmiechnięci, uprzejmi i honorowi. Przemykając pomiędzy kolejnymi stoiskami, można było zobaczyć rozmawiających ludzi, opowiadających sobie żarty, miło spędzających czas bez wlepiania wzroku w szklane ekraniki swoich telefonów czy interfejsów. Kawałek świata który dawno już umarł, za którym nikt już nie pali zniczy.

Dotarłem do celu. Mała drewniana chatka na niewielkim pagórku, tak niespotykany widok w dzisiejszych czasach, jednocześnie wpisujący się w charakter dzielnicy. Przed domem starszy człowiek z wielkim pietyzmem przycinał różany krzew, poświęcając odpowiednio dużo czasu każdej, nawet najmniejszej różyce. Schody zastąpione były deskami wkomponowanymi w profil pagórka. Nie zdążyłem wejść na górę jak ogrodnik zwrócił się do mnie.
- Panienki nie ma. - Dodał lekko smutnym, może zmęczonym głosem.
- Wiadomo kiedy wróci?
- Od ponad dwóch tygodni panienka się nie pojawia, ktoś z policji wypytywał o panienkę, ale żeśmy nic nie powiedzieli. Tak dobra duszyczka nie mogła mieć konfliktów z prawem, pewnie znów od niej czegoś chcieli. Nie wydaliśmy jej, dużo zrobiła dla naszej dzielnicy, dla naszych dzieci. Nie powiedzieliśmy o niej nic, pomimo że pytali natarczywie. W końcu ona jest nasza, a naszych się broni. Prawda?
- Prawda. A skąd wiesz, czy właśnie ja nie jestem policjantem w cywilu?
- Widać po ruchach. Brakuje ci dyscypliny, poruszasz się niechlujnie. Zupełnie jak przyjaciel o którym panienka opowiadała. - Te słowa w jakiś sposób mnie ukuły mnie, opowiadała o mnie, kiedy nawet ja nie miałem czasu pomyśleć o niej.
- Jeśli zaginęła, to kto ci teraz płaci za pielęgnowanie róż?
- Nikt. Po prostu kocham róże. Panienka zawsze pozwalała mi zabrać jedną różę dla mojej córeczki. Różę która jako pierwsza zakwitła. Zawsze powiadała, że to właśnie te rozkwitają najpiękniej.
- Muszę wejść do środka, jeśli ją porwano, w środku mogą znajdować się jakieś wskazówki. 
Przez dłużą chwilę panowała cisza. Walka którą toczył w sobie ogrodnik była wyczuwalna, Chel zawsze otaczała się wspaniałymi ludźmi, przynajmniej do momentu, kiedy pojawiłem się ja.
- Klucz jest za drewnianą różą, tą na lewo od drzwi. - Chyba zrozumiał kim jestem.
Pomieszczenie było zapuszczone, wystarczył jeden krok by wzbić w powietrze masę kurzu. Przekręciłem tarczę swojego zegarka, chciałem tu być sobą, nie postacią wymyśloną  na potrzebny podróży. Nie było tutaj ze wiele elektroniki, czyżby stroniła od technologii, może obawiała się czegoś? Przesunąłem regał pod którym znajdowały się schody do piwnicy, schronienie awaryjne sytuacje, pamiętam jak zlecałem jego budowę. Schodziłem w dół oświetlając sobie drogę telefonem. Na dole urządziła sobie prawdziwe laboratorium. Rozglądając się w tym nikłym świetle zauważyłem smugę krwi prowadzącą prosto do Chel, opartej o ścianę i ledwo oddychającej.
- Chel! - Podbiegłem do przyjaciółki, starając podtrzymać jej głowę.
- To... ty... - Wydusiła z siebie chrapliwym głosem.
- Co się stało? Jak mam ci pomóc, gdzie jest jakaś apteczka? - Zacząłem powoli panikować, czułem w dłoniach jak uchodzi życie z jedynej osoby której ufam.
- Umiera... ciało obumiera...
- Nie odchodź! Nie możesz, pomogę ci, daj mi tylko szansę! - Oparłem ją o ścianę rzuciłem się w poszukiwaniu jakichkolwiek medykamentów. Wywalałem z szafek wszystko co się da, w rozpaczy szukałem czegoś co może dać mi odrobinę więcej czasu. Czułem jak adrenalina pulsowała mi w żyłach. Tym razem nie pozwolę na śmierć osoby mi bliskiej. Znalazłem adrenalinę, lecz na nią było już za późno. Chel przewrócona na bok, wpatrywała się we mnie martwymi oczyma. Nie panowałem nad sobą, uderzałem we wszystko co popadnie, obierając swe cele na ślepo. Chciałem koniecznie wyrzucić z siebie ogień który mnie dławił. Trafiłem w interfejs który włączył oświetlenie i uruchomił wszystkie maszyny. Włączyły się zamrażalki, zaczęły działać maszyny. Włączył się i telewizor który tylko szyderczo szumiał, jakby wiedział, że odeszła mi bliska osoba.
- To tylko ciało. - Usłyszałem znajomy głos zza siebie. Byłem przekonany że to omamy wywołane na skutek silnego stresu, już przechodziłem przez to przy śmierci mojej ukochanej. Mimo tego odwróciłem się, uczestniczyłem w tym przedstawieniu, które uplotła moja podświadomość.
Na ekranie telewizora wyświetlała się twarz Chel. Obraz uśmiechał się identycznie, idealnie skopiował jej urocze dołeczki w kącikach ust. Odruchowo sięgnąłem do kieszenie w poszukiwaniu tabletek na uspokojenie, to nie mogło dziać się naprawdę.
- Nie przejmuj się, umarło tylko ciało, nie mogłam go uratować, chociaż się starałam. Podłączenie ręki przeciążyło sieć neuronową co doprowadziło do dysfunkcji w przepływie impulsów, na skutek czego, w skrócie pogorszyło mój stan zdrowia. Jako że prowadziłam badania nad mapowaniem ludzkiego mózgu, udało mi się stworzyć prawie idealną kopię własnej osobowości. Nad karkiem ciało ma wszczepiony nadajnik, który to ma przesłać ostatnie informacje z mózgu do tej świadomości, niestety proces jest ten wymagający i niebezpieczny. Zdecydowałam się na niego, dopiero jak moja śmierć była pewna. Problem jest taki, że utknęłam w sprzęcie o niskiej mocy obliczeniowej, przez co nie mogę wykorzystać swojego pełnego potencjału. Na potrzeby tego laboratorium, wszystkie sprzęty pozbawione są wszelkiej komunikacji bezprzewodowej. Gdzieś tu powinien znajdować się jakiś kabel, zgraj mnie do swojego telefonu i wynośmy się stąd zanim przyjdą oni. 
Zgrywanie trochę potrwało, nie miałem czasu zastanawiać się jacy oni. Zgodnie z instrukcjami Chel, wykasowałem z komputerów wszystkie dane, i spaliliśmy nośniki pamięci. Przenieśliśmy ciało do salonu i wygodnie usadziliśmy w fotelu. Pamiętaj by poinformować ogrodnika, zapłać mu by zajął się pogrzebem i przekaż że w papierach zapisałam mu ten dom. Założyłem bezprzewodową słuchawkę od telefonu i przybrałem podróżną osobowość. Załatwiwszy sprawy z ogrodnikiem, zgodnie z zasadą wszelkich kryminałów, ruszyliśmy do domu inną drogą. Wszystko wydawało się iść po naszej myśli, do momentu tej przeklętej uliczki...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz