piątek, 12 maja 2017

Pomiędzy prawdą a streamem #006


Zaraz po wejściu w tę nieszczęsną uliczkę, po moich plecach przebiegł dreszcz, ostrzeżenie które zignorowałem. Nie zdążyliśmy ujść paru kroków, jak zza mych pleców rozległ się warkot motocyklowych silników. Nim się zorientowałem co właściwie się dzieje, na mojej drodze stanął samochód przewozowy, a z niego wysiadło kilku mężczyzn w granitowych mundurach. Motory zatarasowały cały przejazd, a granatowe mundury wzięły mnie na celownik. Jeden z mundurowych, powolnym krokiem podszedł na odległość kilku metrów i zdjął swój hełm. Mogłem się tylko uśmiechnąć, była mi to dobrze znana persona.
- Kogóż to mamy? - Zapytał z udawanym zdziwieniem. Zaczął powoli klaskać i teatralnie odwracać się do swoich towarzyszy. - Gwiazda internetu, niegdyś filantrop i kobieciarz, a teraz bandyta na którego wystawiane są zlecenia. Jedno można ci przyznać, masz rozmach.
- To chyba jakaś pomyłka, nie znam człowieka o którym mówisz. - W słuchawce usłyszałem dźwięk otwieranej aplikacji do słuchania muzyki.
- Panowie! Iście teatralna kwestia, czujecie ten dramatyzm? Przez pomyłkę Wataha zatrzymała bogu ducha winnego obywatela. Niebywałe! Otóż śpieszę z wyjaśnieniami. Urządzenie znajdujące się na twojej ręce, potrafi oszukać większość skanerów. Na twoje nieszczęście, my dysponujemy o klasę lepszym sprzętem, które prócz wyglądu bada sposób poruszania się i skanuje pod względem typowych zachowań. Więc może przekręcisz tarczę tego tandetnego zegarka i pogadamy twarzą w twarz, jak za dawnych czasów.
- Skoro tak stawiasz sprawę. - Wyłączyłem maskowanie. - Jestem o to i ja. Dalej się gniewasz o tamtą sprawę? To była parę lat temu. Zachowajmy się jak dorośli, może jakiś uścisk dłoni na pojednanie?
- Urazę?! Czy wyglądam na człowieka który może trzymać jakąś urazę?
- Tak.
- Skoro tak twierdzisz. Z chęcią bym o tym porozmawiał, ale kontrakt i te sprawy. Wybacz, przynajmniej jedno z nas musi pozostać profesjonalistą w swoim fachu.
- A że tak z ciekawości spytam, chociaż dobrze za mnie płacą? Wiesz że mogę zapłacić ci dwa razy więcej, niezależnie od podanej kwoty.
- Wiem. W moim fachu reputacja to podstawa, a nic tak negatywnie na nią nie wpływa jak łamanie kontraktów. Swoją drogą, wciąż słuchasz kiepskiej muzyki, to jedno się w tobie nie zmieniło. Jak słyszę co ci teraz gra w słuchawce, to aż mi się niedobrze robi. Jak to mówią, wieś z człowieka i tak dalej. No dobra, ale koniec pogaduszek, ręce za głowę i pakujemy się do samochodu.
Posłusznie założyłem ręce za głowę, miałem już dosyć dziwnych spotkań, przeżywania śmierci moich bliskich. Niech się dzieje co chce, może w końcu zaznam krzty spokoju. Pewnie zaznałbym gdyby nagle nie pojawił się w słuchawce znajomy refren. Wszędzie bym poznał "Escape" od Ruperta Holmesa, świetny utwór, który jak znam życie, nie pojawił się przypadkowo. Czyżby Chel miała jakiś plan? A może to los drwi ze mnie po raz kolejny?
- Wiesz co? A może teraz pogadajmy o karierze pewnego streamera któremu nie wyszło? Wilku, wciąż na ciebie tak mówią, prawda? Rozumiem że cała ta wataha to zlot twoich groupies? Która jest tą obecną?
Dostałem kolbą prosto w twarz, zamroczyło mnie na jakiś czas, a jedyne co zdołałem pochwycić to zmieniający się utwór w odtwarzaczu. Starałem się stanąć na proste nogi, kiedy to w słuchawce David Hasselhoff zagrzewał mnie do boju. Widać że Wilk poczuł smak krwi, w końcu mógł się odegrać na mnie, pokazać wyższość nad nędznym streamerem. Przywódca Watahy już zamachiwał się jak w całej okolicy zapadła ciemność. Migające diody na pancerzach zgasły, umilkł też warkot silników. Nawet broń przestała połyskiwać błękitem. Przenikająca ciemność a w jej sercu ja. Niczym pierwszy promyk jutrzenki, w uliczce obok rozbłysło się światło ze starej latarni. Moment później uderzył we mnie refren "Runaway", to był mój znak. W skąpym blasku latarni dostrzegłem jeszcze twarz Wilka przedstawiającą wściekłość w czystej postaci. Prostym uderzeniem odwdzięczyłem się za jego uprzejmości, nigdy nie byłem wybitnym bokserem. Bez chwili zawahania rzuciłem się do ucieczki. Gnałem jak na złamanie karku, prowadzony jedynie zapalającymi się światłami, pozostawiając za sobą czerń i rozpacz. Nie wiem dokąd zmierzałem, za to wiedziałem że chce przeżyć i że to jest najważniejsze. Mijałem kolejne ulice, a sił nie ubywało, czułem że to był moment w którym biłem rekordy świata. Kiedy to zadyszka zaczęła zastępować adrenalinę, mogłem zrobić sobie przystanek pod jakimś automatem z napojami. Nawet nie zauważyłem kiedy uruchomiłem fałszywą tożsamość, wszystko działo się tak szybko. Nigdzie nie było widać Watahy. Jak to możliwe, że w przeciągu kilku godzin stałem się poszukiwanym bandytą? Musiałem znaleźć kryjówkę, przeczekać i poukładać sobie to wszystko w głowie. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłem, że na końcu tego jakże heroicznego biegu, w momencie kiedy robię sobie przystań na refleksję, zobaczę jego. Jedyny znany mi ludobójca, skryty gdzieś w szkielecie budynku do wyburzenia, machał mi na powitanie. Poczuć się można jak w pierdolonym Truman Show.
- Chel, jak tylko zrobi się spokojnie, koniecznie musimy porozmawiać o tym co tam się stało i jak się stało. - Mówiłem zmierzając w stronę budynku, a w odpowiedzi usłyszałem tylko "Always look on the bright side of life".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz