Zaczynam powoli odzyskiwać zmysły. Pierwszy dotarł do mojej świadomości ból, świdrujący impuls gorszy od tego frajera z piętra niżej, który to wiercił dziury w ścianach w ramach swojego hobby. Próbowałem choć na chwilę się skupić, pochwycić garść tego co mnie otacza, a z każdą tego próbą czułem smagnięcie bicza wyrywające cząstkę mego ciała. Po chwili zalała mnie fala gorąca, czułem bicie swojego serca, krew pompowaną w żyłach. Z wolna wróciło mi czucie w rękach, niestety tylko po to, bym mógł stwierdzić że jestem do czegoś przykuty. Szamocząc się w rozpaczliwym tańcu, nie dopuszczam do siebie myśli, co może się stać. Zostało mi tylko czekać, godząc się ze swoim losem.
Nie wiem ile czasu minęło, nie liczyłem paciorków, nie zmawiałem zdrowasiek. Ktoś odpiął mi ręce i wykrzywiwszy je, zaczął prowadzi korytarzem. Mój wzrok zaczął się przyzwyczajać do panującego półmroku. Nasza podróż zdawała się nie mieć końca, a za towarzysza miałem tylko człowieka o aparycji goryla oraz echo które odbijało się od metalowych ścian. Przed żelaznymi wrotami, goryl mnie puścił, przykładał rękę do czytnika linii papilarnych. To była moja szansa, ten jeden moment na który czekałem, który fortuna zdała mi się podarować. Radość i nadzieja została mi odebrana równie szybko co dana, zauważyłem u strażnika za pasem, paralizator do obezwładniania ofiar na dystans. Wiem, bo gdzieś w szafie mam identyczny model, raz w ramach żartów sprawdziłem go na znajomym. Znajomy już nie w ramach żartów, zafundował mi półroczną randkę z różnej maści sądami.
Wrota powitały mnie oślepiającym światłem bijącym wprost z pomieszczenia. Była to wielka hala, z mnóstwem maszyn do montowania samochodów, może samolotów, przynajmniej na takie wyglądały. Z każdym krokiem moim oczom ukazywały się to kolejne wymyślne dzieci technologi, coraz bardziej skomplikowane. Drzwi się za mną zamknęły, dopiero wtedy poczułem że w pomieszczeniu jest ciepło, a wręcz gorąco, miła odmiana po tym zlodowaciałym korytarzu. Prócz mnie, na hali znajdowali się pracownicy, wszyscy jak jeden mąż odziani w białe kitle sięgające po kostki, nikt nie zwracał na mnie uwagi.
- Tutaj jesteś!
Usłyszałem głos, lecz nie widziałem by żaden z pracujących zwracał się bezpośrednio do mnie. Panika zapukała do mego serca, nerwowo rozglądałem się po pomieszczeniu. Na platformie powyżej stał jakiś grubszy człowiek, wskazywał tylko wyciąg niedaleko platformy. Nie miałem wyboru, stanąłem na wyciągu i ruszyłem na spotkanie z człowiekiem, kimkolwiek by nie był, to pierwsza osoba która się odezwała do mnie z własnej woli. Na platformie powitał mnie szczupły chłopaczek w czarnym fraku, podał kapcie i uprzejmym ruchem zaprosił w głąb pomieszczenia. Wystawne dywany ciągnęły się od barierki do barierki, mnóstwo kotów wałęsających się po pomieszczeniu, na środku którego znajdował się wielki ekran, kilka foteli i kanapa na której siedział jakiś człowiek.
- Siadaj, rozgość się i czuj się prawie jak u siebie w domu. - Powiedział głos schowany za czym, co kiedyś było określane jako meblościanka, tyle że ta nie była zrobiona z drewna, lecz z metalu.
Podszedłem do osoby siedzącej i strach mnie sparaliżował. Siedział tam jak niby nic, poszukiwany międzynarodowym listem gończym, ludobójca Patryk Rojoweski. Człowiek którego czyny odbiły się krwawą pieczęcią w historii współczesnej. Znany jest do tego stopnia, że nawet najmłodsi uczą się o nim w szkołach i o tym czego był sprawcą. Krwawy półksiężyc, tak nazwali jego największą rzeź, a z biegiem czasu, zaczęli tak nazywać jego samego.
- Odpocznij, częstuj się! Tylko wepchnę czopka w ten koci odbyt i porozmawiamy. - Odzywał się głos zza regałów.
Usiadłem zatem obok największego mordercy, który z beztroską nastolatka zajadał się paluszkami i oglądał kreskówkę na wielkim ekranie. By zbytnio nie odstawać od niego sięgnąłem po popcorn i zobaczyłem jego spojrzenie. Wskazał z dezaprobatą na miskę, później na kota stojącego w kuwecie i obcesowo srającego poza nią, po czym raz jeszcze wskazał miskę i pokręcił głową. Podał mi za to orzeszki i piwo. W jego wyrazie twarzy była pewna beztroska, co było jeszcze bardziej przerażające. Czy to wszystko co zrobił, nie odcisnęło na nim żadnego piętna?
Przyszedł i tajemniczy głos. Emil którego znałem jako komentatora starcrafta, dzisiaj wielkiego szefa podziemnego świata. Był grubszy niż go zapamiętałem. Ubrany cały w biały, chyba pluszowy szlafrok, na rękach zaś trzymał równie białego, jeszcze bardziej puchatego kota, który to miał bardzo niewyraźny wyraz twarzy i podwinięty ogon. Rozsiadł się w fotelu, chwile mierząc mnie wzrokiem.
- Wiem po co tu przyszedłeś, szkoda mi człowieka który stał się ofiarą zamiast ciebie. Nie wiem kto zlecił całą akcję, ale mam narzędzia które pomogą Ci to ustalić. Jak wszystko w tym świecie, moja prawie że bezinteresowna pomoc, płynąca z serca niczym coś co płynie i jest piękne, też ma cenę. A ty masz szczęście, bo masz coś co jest cenniejsze od pieniędzy. Masz wiedzę którą mi przyprowadzisz. Zrobisz to, a wygrasz podwójnie. Dostaniesz narzędzia i ocalisz wiedzę od śmierci, która nie chybnie ją czeka. - Wziął miskę popcornu i zaczął obracać pojedyncze ziarno w palcach. Widziałem po minie Rojewskiego, że nie tylko ja jestem ciekaw czy zacznie jeść.
Nie wiem ile czasu minęło, nie liczyłem paciorków, nie zmawiałem zdrowasiek. Ktoś odpiął mi ręce i wykrzywiwszy je, zaczął prowadzi korytarzem. Mój wzrok zaczął się przyzwyczajać do panującego półmroku. Nasza podróż zdawała się nie mieć końca, a za towarzysza miałem tylko człowieka o aparycji goryla oraz echo które odbijało się od metalowych ścian. Przed żelaznymi wrotami, goryl mnie puścił, przykładał rękę do czytnika linii papilarnych. To była moja szansa, ten jeden moment na który czekałem, który fortuna zdała mi się podarować. Radość i nadzieja została mi odebrana równie szybko co dana, zauważyłem u strażnika za pasem, paralizator do obezwładniania ofiar na dystans. Wiem, bo gdzieś w szafie mam identyczny model, raz w ramach żartów sprawdziłem go na znajomym. Znajomy już nie w ramach żartów, zafundował mi półroczną randkę z różnej maści sądami.
Wrota powitały mnie oślepiającym światłem bijącym wprost z pomieszczenia. Była to wielka hala, z mnóstwem maszyn do montowania samochodów, może samolotów, przynajmniej na takie wyglądały. Z każdym krokiem moim oczom ukazywały się to kolejne wymyślne dzieci technologi, coraz bardziej skomplikowane. Drzwi się za mną zamknęły, dopiero wtedy poczułem że w pomieszczeniu jest ciepło, a wręcz gorąco, miła odmiana po tym zlodowaciałym korytarzu. Prócz mnie, na hali znajdowali się pracownicy, wszyscy jak jeden mąż odziani w białe kitle sięgające po kostki, nikt nie zwracał na mnie uwagi.
- Tutaj jesteś!
Usłyszałem głos, lecz nie widziałem by żaden z pracujących zwracał się bezpośrednio do mnie. Panika zapukała do mego serca, nerwowo rozglądałem się po pomieszczeniu. Na platformie powyżej stał jakiś grubszy człowiek, wskazywał tylko wyciąg niedaleko platformy. Nie miałem wyboru, stanąłem na wyciągu i ruszyłem na spotkanie z człowiekiem, kimkolwiek by nie był, to pierwsza osoba która się odezwała do mnie z własnej woli. Na platformie powitał mnie szczupły chłopaczek w czarnym fraku, podał kapcie i uprzejmym ruchem zaprosił w głąb pomieszczenia. Wystawne dywany ciągnęły się od barierki do barierki, mnóstwo kotów wałęsających się po pomieszczeniu, na środku którego znajdował się wielki ekran, kilka foteli i kanapa na której siedział jakiś człowiek.
- Siadaj, rozgość się i czuj się prawie jak u siebie w domu. - Powiedział głos schowany za czym, co kiedyś było określane jako meblościanka, tyle że ta nie była zrobiona z drewna, lecz z metalu.
Podszedłem do osoby siedzącej i strach mnie sparaliżował. Siedział tam jak niby nic, poszukiwany międzynarodowym listem gończym, ludobójca Patryk Rojoweski. Człowiek którego czyny odbiły się krwawą pieczęcią w historii współczesnej. Znany jest do tego stopnia, że nawet najmłodsi uczą się o nim w szkołach i o tym czego był sprawcą. Krwawy półksiężyc, tak nazwali jego największą rzeź, a z biegiem czasu, zaczęli tak nazywać jego samego.
- Odpocznij, częstuj się! Tylko wepchnę czopka w ten koci odbyt i porozmawiamy. - Odzywał się głos zza regałów.
Usiadłem zatem obok największego mordercy, który z beztroską nastolatka zajadał się paluszkami i oglądał kreskówkę na wielkim ekranie. By zbytnio nie odstawać od niego sięgnąłem po popcorn i zobaczyłem jego spojrzenie. Wskazał z dezaprobatą na miskę, później na kota stojącego w kuwecie i obcesowo srającego poza nią, po czym raz jeszcze wskazał miskę i pokręcił głową. Podał mi za to orzeszki i piwo. W jego wyrazie twarzy była pewna beztroska, co było jeszcze bardziej przerażające. Czy to wszystko co zrobił, nie odcisnęło na nim żadnego piętna?
Przyszedł i tajemniczy głos. Emil którego znałem jako komentatora starcrafta, dzisiaj wielkiego szefa podziemnego świata. Był grubszy niż go zapamiętałem. Ubrany cały w biały, chyba pluszowy szlafrok, na rękach zaś trzymał równie białego, jeszcze bardziej puchatego kota, który to miał bardzo niewyraźny wyraz twarzy i podwinięty ogon. Rozsiadł się w fotelu, chwile mierząc mnie wzrokiem.
- Wiem po co tu przyszedłeś, szkoda mi człowieka który stał się ofiarą zamiast ciebie. Nie wiem kto zlecił całą akcję, ale mam narzędzia które pomogą Ci to ustalić. Jak wszystko w tym świecie, moja prawie że bezinteresowna pomoc, płynąca z serca niczym coś co płynie i jest piękne, też ma cenę. A ty masz szczęście, bo masz coś co jest cenniejsze od pieniędzy. Masz wiedzę którą mi przyprowadzisz. Zrobisz to, a wygrasz podwójnie. Dostaniesz narzędzia i ocalisz wiedzę od śmierci, która nie chybnie ją czeka. - Wziął miskę popcornu i zaczął obracać pojedyncze ziarno w palcach. Widziałem po minie Rojewskiego, że nie tylko ja jestem ciekaw czy zacznie jeść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz